^Wróć na górę strony

  • Klub Suzuki - Styl życia

    Jesteśmy grupą pasjonatów, przyjaciół, którzy pragną sobie pomagać i wspólnie się bawić. Razem budowaliśmy i cały czas rozbudowujemy forum internetowe, organizujemy wspólne imprezy, gdzie możemy się poznać układać plany na przyszłość.

  • Samochody terenowe

    Interesuje Cię jazda w terenie?? W naszym Klubie zrealizujesz swoje pasję związane z jazdą w trudnych warunkach. .

  • Samochody miejskie

    Kochasz próby sprawnościowe, dyskusje o tuningu czy innych kwestiach związanych z motoryzacją?? Zapraszamy do nas.

Forum Klubu Suzuki

Nasz Facebook

Partner Tytularny

Sponsorzy

Nasz Sklepik

  

Stronę przegląda

Odwiedza nas 23 gości oraz 0 użytkowników.

Dzień 1. Sobota
Zbiórka ekipy w Krakowie. Ustalamy gdzie jedziemy. Padło na Rumunię


Dzień 2. Niedziela
Rano (w miarę możliwości) wyjeżdżamy. Jeszcze tylko test trzeźwości - wąska brama. Nie jest źle, ręce nie drżą, przejazd bez strat
Do granicy bez niespodzianek.
Słowacja
Jakiś zamek, ciekawie wygląda, ale nie tracimy czasu na zwiedzanie. Drogi takie sobie, podobne do polskich
Węgry
Drogi równiutkie, ale straszna nuda, kukurydza, słonecznik, kukurydza, można usnąć z nudów. Zero lasów, nawet drzew na parkingu brak.
Suzuk cała masa
Rumunia
Wreszcie jakaś zmiana, wreszcie jakaś granica.
Paszporty, to tylko formalność i już jesteśmy w innym świecie. Trochę brudno, może nawet i bardzo, jakieś bezpańskie psy, torby ze śmieciami, całe stosy śmieci, ale kantory działają w eleganckich budkach jak nasze stare kioski Ruchu.
Jedziemy szukać noclegu. W Oradea 40km od granicy jest kemping. W miarę przyzwoity, jak na Rumunię.


Dzień 3. Poniedziałek
Zwiedzanie miasta, ładne secesyjne miasto, centrum odrestaurowane, widać, że to już Europa, W sklepach wszystko można kupić, ceny jak u nas.
Oprócz centrum, jeszcze tylko cytadela do obejrzenia
opuszczone, nie zadbane, ale przynajmniej nikt nie przeszkadza w oglądaniu.
Wieczorkiem na baseny termalne, woda 32 stopnie, ciepła zupa, jeszcze do tego pełno ludzi.


Dzień 4. Wtorek
Jedziemy w góry.
Kategorie dróg w Rumuni
- czerwona (na mapie) droga główna, drogi przejezdne, połatane, mogą być niespodzianki, gdzieś 50 metrów asfaltu zabrakło, jakieś dołki kilkunastocentymetrowe, są też dobre odcinki po remoncie. Najważniejsze, że są tam gdzie powinny być wg mapy
- żółta, powinna być przyzwoita, ale bywa różnie, asfalt czasem bywa na takiej drodze, jak brak to wysypana kamieniami, czasem są nawet drogowskazy na nich.
- biała, umownie zwana drogą, niespodzianki gwarantowane, może skończyć się w lesie lub na polu, może w ogóle jej nie być tam gdzie powinna być wg mapy, może to być droga przez łąkę (należy szukać jaśniejszego odcienia trawy), może być dobry asfalt, drogowskazy - raczej bym na to nie liczył
- czarna kreska, drogi dla traktorów, tam może być wesoło
Uwaga
Oznaczenie na mapie jako żółta, biała to rzecz bardzo względna, mieliśmy trzy aktualne mapy i bywało tak, że na każdej mapie były inne drogi
Wyjazd drogą główną (czerwona na mapie)
po kilku kilometrach, skok w bok na drogę lokalną
początek drogi dobry, dalej jakby ciut gorszy, potem jeszcze gorszy.
zaczynają się górki, a w nich jaskinie.
jedna ciemna, dzika, chodzenie z latareczką, druga komercyjna, podświetlona, stala.... coś tam, jakieś kości niedźwiedzi jaskiniowych, warto było zajrzeć
Jaskinie zaliczone, teraz na nocleg do jakiegoś Parku Narodowego
Droga lokalna, chyba w remoncie, ale to bez różnicy, normalne doły, kamienie i cały czas pod górę. Wyjeżdżamy na wielką polanę, piękny widok, konie biegają, no i jest tablica, że to już Park Narodowy. Do schroniska kilka kilometrów, można samochodem, widać że to jeszcze normalny kraj.
Schronisko małe, miejsc brak, ale namiocik można ustawić gdzie się chce, a i małe ognisko w lesie też nikomu nie przeszkadza, normalnie, jak to w Parku Narodowym
Szukamy miejsca, wybór duży, może za strumykiem? od wody zimno, to może gdzie indziej
miejsce wybrane pod lasem, można iść spać.


Dzień 5. Środa
Piękny poranek, piękny widok z namiotu na okolicę.
Nie chce się wstawać, a co dopiero iść w góry na cały dzień, zostałem przegłosowany, idziemy w góry.


Dzień 6
Poranek, coś zmęczona ekipa
a mówiłem zamiast łazić cały dzień po górach, było trzeba iść na grzyby, łatwo i przyjemnie, wystarczyło wyjść za namiot i po 20 prawdziwków w jednym miejscu.
Wczoraj się nałazili to dziś ruszamy samochodami
Jest jakiś Jimny, ulotka za wycieraczkę i dalej, trochę się kurzy, ja prowadzę, ale Peterowi nie zazdroszczę.
Jest zabytek, kościół warowny, elegancka drewniana brama do sforsowania, trzeba iść po babę z kluczem i do środka.
Dalej w trasę, po drodze, coś fajnego, nie wiadomo co to, żadnej tablicy, miejscowi twierdzą, że to bardzo cenne i stare, aż tak stare, że nie wiedzą co to jest
Kolejny warowny kościół.
Na dziś kościołów wystarczy, to może jakieś średniowieczne ruiny? coś się w krzakach znalazło. W takiej Francji, pewnie kasa z biletami i kolejka do parkingu, tutaj wstęp wolny, trzeba tylko wyciąć sobie drogę dojścia przez pokrzywy.
ciemno się robi, czas wracać bo mijane miejsca takie trochę dziwne


Dzień 7
Dziś wstajemy wcześniej, długi odcinek trasy do przejechania. Drogi lokalne, jeździliśmy takimi wczoraj, więc nie spodziewamy się zawrotnego tempa, zwijamy namioty i do aut. Wczoraj ja prowadziłem, więc dzisiaj przewodnikiem jest Peter. Ruszamy, po dwóch kilometrach skręcamy w prawo, ostro pod górę, ale coś nie tak, z mapy wynika, że skręt na 7 kilometrze, a nie na drugim, szybka weryfikacja lokalizacji i będziemy zawracać, jeszcze tylko sesja zdjęciowa, bo żal nie uwiecznić takich widoków.
Wracamy na główną drogę (czyli dziurawą szutrówkę). Jest krzyżówka, ale musimy poczekać aż traktor ściągnie drzewa z drogi, już jest wolny przejazd, więc w prawo przez mostek szerokości samochodu - oczywiście barierek ochronnych nie ma, bo i po co, każdy powinien znać wymiary swojego pojazdu. Droga wiedzie pięknym leśnym duktem, wzdłuż potoku, woda raz z prawej, raz z lewej, przejazdy oczywiście w bród, woda płytka, a dno kamieniste, więc nie ma problemu. Trzeba tylko uważać na duże kamienie na drodze.
Wyjeżdżamy na wielką polanę, kolejny przejazd przez wodę i rozwidlenie dróg, tego nie ma na mapie. Droga powinna skręcać w prawo, więc tak skręcamy, ale po 50 metrach, przy pasterskim szałasie koniec drogi. Wracamy, jeśli nie w prawo to w lewo, tylko, że tam góra, a droga zasypana gałęziami wymieszanymi z kamieniami, reduktor i w górę, niestety na górze koniec drogi.
Trzeba zrobić naradę, z mapy wszystko pasuje, polana, rzeka, tylko gdzie jest droga? W oddali pojawił się człowiek, ale na nasz widok szybko zawrócił, a psy, które mu towarzyszyły nie zachęcały do pogoni.
Naradzamy się dalej, wysoko na zboczu widać domy, jak są domy to powinna być tam droga, jest też ścieżka w tamtą stronę, więc jedziemy. Koleiny, trochę błotka i paskudne trawersy po stoku. Jeszcze 200 metrów, widać człowieka - jesteśmy uratowani. Domy okazały się szałasami, ludzie uciekli, zostały tylko konie. Za to z góry widać, że za szałasem, gdzie uznaliśmy, że to koniec drogi, jaśniejszy odcień trawy wskazuje, że coś tam jechało.
Wracamy na dół, Wracać, nie no tak łatwo się nie poddamy, wybieramy łąkę. Kilometr, dwa, pastwiska i góry. Dobrze że tu jeszcze nie ma ekologów.
Z mapą to już nic się nie zgadza.
W dole widać stado owiec, pasterską chatkę i dwie kobiety. Szybki zjazd w dolinę, jedna kobieta ucieka, druga zostaje, widocznie się zagapiła, patrzy na nas jakby zobaczyła duchy. Uśmiecha się, kontakt wzrokowy nawiązany, werbalny już gorzej, pani ta nie mówi w ludzkim (zrozumiałym) językiem, pytamy się o drogę, podobno mamy jechać czymś, co przypomina ścieżkę, a za górką będzie już droga. Pod górkę prowadzi labirynt kolein, po traktorach i spływającej wodzie, miejscami do metra głębokości. Znajdujemy więc własną drogę i za pół godziny jesteśmy 50 metrów bliżej szczytu góry - może teraz po kamienistej drodze będzie łatwiej. 20, 30 metrów drogi i zjazd, tylko dlaczego kamienie z tej strony góry przypominają schody? Na szczęście jest z czego poprawić drogę, kilka kamieni podłożonych w odpowiednich miejscach i zsuwamy się po głazach.
Za zakrętem mamy kibica, pasterz z psem, krótka rozmowa, miejscowy potwierdza kierunek dobry, za wzniesieniem droga lepsza, ale tu to "maszyna nie przejdzie" Trochę racji ma, kolejny z głazami, a ominąć ich nie można, zawrócić zresztą też, więc nie ma wyjścia - Suzuki przejdzie. Usypujemy podjazdy, zjazdy i po centymetrze do przodu. Pasterz kręci głową, klęka, zagląda pod samochody - miał rację czy nie miał „Klub Suzuki” po trzech godzinach przeprawy pokonał te kilkadziesiąt metrów i dotarł do „lepszej” drogi.
Nowa droga  otwarta, czeka na następnych chętnych
Lepsza droga to brak drogi, jest za to cały stok góry z piękną łąką do zjazdu
, a w dole jakieś domy, a jak domy to może tym razem i droga będzie. Widać też biały samochód, skoro dacia dojechała to i my wyjedziemy.
Zjazd, czysta przyjemność, świeża trawka, równiutko
Domy jakieś niezamieszkałe, dacia wjechała, ale 10 lat temu, teraz ruina, na kołkach bez kół.
Nie jest źle, jest coś podobnego do drogi, są ludzie, trochę przeszkadzamy w praniu, no ale jak się pierze na drodze, jest i miejscowość. Wróciliśmy do cywilizacji.


Dzień 8
Po wczorajszym off-road w nocy wylądowaliśmy na kempingu, wcześniej były takie ładne dzikie obozowiska (bród, smród, ale za darmo, taki miejscowy folklor), ale ekipa nie chciała się integrować z tubylcami
Dzień na zwiedzanie miasta Cluj Napoca, niech tam będzie, trochę cywilizacji nie zaszkodzi.
Wreszcie pogoda się poprawiła, przelotnie pada.
Wstaliśmy rano, pojechaliśmy, parkometry w soboty do godziny 13.00, zapłaciliśmy za półgodziny, a mówią że kto rano wstaje temu Pan Bóg daje, chyba nie w Rumunii, nie warto było się śpieszyć bo parkowanie wyjątkowo drogie jak na Rumunię
Kilka ładnych obiektów było, wszystko w plątaninie jakichś wiszących instalacji, drutów czy czegoś tam psującego widoki. Były jeszcze jakieś wykopki, coś tam Rzymskie, była tablica co to, ale pies z kulawą nogą się tym nie interesował, koty były zainteresowane, Peter zrobił mu zdjęcie.
Co innego Jimny z Grecji, to prawdziwa sensacja, ulotka trafiła za wycieraczkę,
dzień uratowany
Wieczorkiem, winko, kolacja, winko


Dzień 9
Dziś naprawdę rano wyjeżdżamy ( około 9), dużo kilometrów przed nami
Zaczynamy od kopalni soli, a potem jeszcze duuuużo arbuzów
Jedziemy główną drogą, więc niespodzianek nie będzie
coś tam mijamy po drodze, jedne pomijamy inne oglądamy. Na te z listy Unesco przynajmniej wypada rzucić okiem. Chyba jesteśmy jacyś nawiedzeni, bo innych oglądaczy zazwyczaj nie ma.
A może na skróty? na mapie jest droga (biała) przez to co na górze drogowskazu
a w Dupsie, dupus, podobno droga się zepsuła kilka miesięcy temu i teraz nie ma drogi, wracamy
I kolejny światowy zabytek, nawet są turyści, jak się okazuje też Polacy, dają namiary na dobry kemping
Wracamy do zwiedzania, ten wiejski kościółek robi wrażenie, nigdy go nie zdobyto, chyba ten zamek w drzwiach mocno trzymał.
Jedziemy szukać kempingu, niby adres jest, a kempingu nie widać, dobrze, że Polacy powiedzieli jak go znaleźć, i znaleźliśmy, w bramie z reklamą zakładu pogrzebowego takie budowanie nastroju na noc w końcu to Transylwania
A skoro tak, to spacer nocą


Dzień 10
Mamy dojechać w okolice Drakuli, ale żeby było ciekawiej, to w planie zabytki na prowincji, drogi lokalne, a to już jest atrakcją dla 4x4.
Pierwszy przystanek, Peter wypatrzył jakieś ruiny. Można się zatrzymać, zrobić zdjęcia, ale po co zaraz włazić na taką górę ? Uparł się, idziemy.
Ruiny fajne, ludzi nie ma, jakby tak mieć łopatę, to może i coś pożytecznego by było, schodki są, ale zasypane, może w studni, zabezpieczona profesjonalnie, nie ma chętnych do zejścia na dno.
Jedziemy dalej
Mamy zjechać w miejscowości x na drogę lokalną, miejscowość – pięć domów na krzyż, i tylko jedna droga w lewo, to musi być nasza, drogowskazów oczywiście nie ma. Skręcamy, droga elegancka, szeroka, ubity kamień, widzę jadącego z przodu Petera, znaczy się, że się nie kurzy (bardzo).
Zaczyna się las, kamienie większe i serpentynki, gramolimy się na górę. O jakaś niespodzianka, droga zmieniła kategorię, z samochodowej na leśną ścieżkę,
Sprawdziłem, dalej, jeszcze gorzej.
Przed wjazdem do lasu był odjazd na polną drogę, to musiała być właściwa droga, wracamy na szlak. Słoneczko grzeje, zasuwamy dróżką i raptem dróżka zniknęła, chaszcze przed nami. Znamy już te numery, wysiadamy i szukamy śladów drogi, możemy nadać sobie sprawność tropicieli, znaleźliśmy drogę. Górka, dołek, krzaczek przejechany, znowu Tread Lightly po Rumuńsku.
Mijamy pasterzy, chyba po ich łące, nie gonią, nawet machają do nas sympatycznie widłami.
Za górką widać wioskę, może tam właśnie jedziemy?
Wjeżdżamy do wsi, droga normalnie we wsi gorsza niż na polu.
O kurczę, wojna była, a my nic o tym nie wiemy
Zabytek bomby oszczędziły, trochę oberwał, ale jeszcze stoi, reszta wioski w ruinie
Wojska nie ma, ludzie jacyś dziwnie spokojni, może to nie wojna, Tylka zakrzywienie czasoprzestrzeni, albo po prostu Rumunia jakiej się spodziewaliśmy W następnej miejscowości trochę lepiej, może dla tego, że mają zabytek na liście UNESCO, straszne rozczarowanie, kto i po co, to tam wpisał
pędzimy dalej, po drodze mijamy ciekawsze miejsca, ruiny dają do myślenia, a może jednak wojna była.
No dobra, wojny nie ma, jedziemy do cywilizacji, nawet miejscami asfalt się pojawia, czasem na całej drodze, czasem tylko po jednej stronie, a dziury po obydwu stronach, za to ładne bramy mają.
Tu chyba droga eksperymentalna, są znaki „uwaga nierówna droga” i ograniczenie szybkości do 30, a droga taka sama jak przed znakiem, po kilkudziesięciu metrach odwołanie, a droga dalej taka sama i tak kilka razy.
Jeszcze nie koniec ruin, Peter wynalazł ciekawą cytadelę, oczywiście na górze, dobrze, że do połowy góry można podjechać, parkujemy na cmentarzu, dbają o dobre samopoczucie turystów


Dzień 11
W planach odwiedziny u Drakuli
Wcześniej jakaś twierdza na górze,( jakby nie mogli budować w dolinkach)
Ładna, we francuskim stylu, sporo zwiedzających
Koniec ruin, teraz to już do Drakuli.
Jedziemy, raptem Peter cos omija, środkiem drogi toczy się włochata kula, zatrzymujemy się kula wtacza się pod samochód. Wyciągamy to coś, chyba pies, ledwo żyje. Zostawić nie można, 36 stopni w cieniu, a cienia nie ma. Bierzemy stwora, może będzie ktoś chętny na nie go, jak nie, to napisze się na forum, może ktoś prześle coś na jego utrzymanie, jakieś kości, kota, czy świnkę morską, jakby nie było to pies wybrał Klub Suzuki.
Przypadków nie ma, a to że ta droga nie jest do zamku Drakuli, a tam mieliśmy jechać, to przeznaczenie. Pies miał być nasz
Zmieniamy plan, Drakula jutro, dziś pałac królewski, już z nowym klubowiczem
Ładnie, bardzo ładnie, ale to już nie taka Rumunia jaką lubimy, nawet trawników nie można deptać.
Wracamy wcześniej, trzeba zrobić zakupy dla psa: kolczatka, łańcuch, bat i co tam jeszcze potrzebne do wychowania.


Dzień 12
Dzisiaj łatwizna, na początek warowny kościół, ruszamy na skróty, widać tumany kurzu, a samochodu nie, znaczy się kurzy
Jesteśmy u celu
Z zewnątrz imponujące, krzyżaki się przyłożyły do roboty, w środku małe zaskoczenie, normalny hotelik sobie chłopki zrobiły, w sumie to nie głupie, aby w razie zagrożenia chować się za mury, ale żeby zaraz tak całą wioską, pokoi chyba starczało dla wszystkich.
To mi się podobało, zaliczone 3 w 1, kościół-warownia-hotel. No i jak miło, żadnej góry do włażenia.
Teraz przejazd przez miasto, korek, roboty.
Roboty to długo tu potrwają, wszyscy robotnicy leżą w cieniu, u nas to przynajmniej jeden pracuje, reszta się patrzy, co kraj to obyczaj. W tym upale też bym nie robił
Dojeżdżamy do Drakuli
Czuć komercję, dużo samochodów, płatne parkingi. Stragany z tandetą
Kolejka po bilety, koszmar z godzinę stania.
Zameczek fajny, taki jak lubię, nie duży, z tajemnymi przejściami, mnóstwo pokoi, tylko ta masa ludzi.
Teraz w większe górki, samochodem
Górki blisko, trzeba gdzieś postawić namiot, a kempingu nie ma, jest za to życzliwy Rumun i jego pole.


Dzień 13
Wreszcie bez łażenia, męczenia się, tylko widokowy przejazd po górach
Krajobraz się zmienia, zniknęły drzewa.
Pod szczytem atakują dzikie osły, chyba jednak nie tak bardzo dzikie. Wykazują spore zainteresowanie Suzami, czyżby chciały do klubu, jakby nie było to są 4x4


Dzień 14
Zmiana repertuaru, twierdze Daków, tego jeszcze nie było.
Dojazd lokalną drogą, aż dziwne – asfaltową i nie dziurawą
Miejscowość już jest, teraz gdzie jest twierdza, miejscowi jak zwykle nic nie wiedzą. W krzakach jest tabliczka z kierunkiem – pieszo 40 minut, samochodem będzie szybciej.
Wjeżdżamy na górę, szlak usypany z kamieni, nie jest źle. Z góry zjeżdża SX, wiadomo Suzuki dało radę.
Jak to miło zaparkować w 2000 letniej budowli.
Budowla, trochę przesada, jakieś kamienie wyłażą z ziemi, coś tam podobnego do pozostałości wieży.
Jakbym lazł tam 40 minut to bym był zły, ale podjazd był sympatyczny.
Teraz do stolicy Daków
20 kilometrów, dziurawej, miejscami bardzo dziurawej szutrówki, kurzy się tak, że trzeba trzymać odstęp i jechać dopiero jak kurz opadnie, inaczej mogą być niespodzianki, a to jacyś ludzie niespodziewanie przed maską, głazik, albo półmetrowy dołek na drodze.
Jesteśmy prawie u celu, jest kierunek jeszcze 6 km pod górę.
To fajniejsze miejsce, więcej kamieni zostało, a niektóre to nawet coś przypominają, schody, mury, wszystko zarośnięte, człowiek czuje się jakby był odkrywcą.
Następnym razem weźmiemy przykład z Rumunów i nocleg w ruinach. Wprawdzie są jakieś tabliczki, aby na coś uważać, węże, żmije, skorpiony, nie znamy rumuńskiego, to ostrzeżenia nam nie straszne, może to informacja, że tu straszy.
Niespodzianka, pojawia się znajomy SX, teraz to już nas, ulotka bezpośrednio do kierowcy, parę słów o klubie, pewnie byłby już w klubie - gdyby znał polski, obiecuje że będzie próbował, pożyjemy zobaczymy
Danina dla klubu złożona (próbowaliśmy pozyskać nowego), czas wrócić do zwiedzania.
Na skróty do pocztówkowego zamku, szutrowa czasówka, ale to nie powód, aby nie zauważyć arcydzieła lokalnej sztuki inżynieryjnej. Mostek z poręczą – rewelacja
Imponujący zamek
Ale nie to ma być dzisiejszą rewelacją, pędzimy dalej pomiędzy innymi uczestnikami ruchu, czyli krowy, osły, barany i to dosłownie.
W programie jeszcze budowla pomysłowego Rumuna. Co znalazł, to wykorzystał, czego nie znalazł to wygospodarował z rzymskich budowli, efekt bardzo interesujący.
Trzeba pomyśleć, może jakiś Wawel rozebrać i chałupę postawić.


Dzień 15
Czas wracać, ostatni dzień zwiedzania.
Cytadela na górze, od początku mi się nie widziała, ale jak zwykle byłem w mniejszości.
Zakrzyczano mnie, że kolejką do zamku, kolejka sympatyczna z zewnątrz, w srodku bez klimatyzacji, jakby jechała dłużej to by się człowiek ugotował.
Wysiadamy i zaskoczenie zabytek w budowie, cegły i kamienie latają w powietrzu, strach gdzieś iść oglądać, zresztą nie wolno, ale niektóre tablice poprzewracane to może wolno. Kompletna porażka.


Dzień 16
Granica, pamiątkowa fotka i następny przystanek już w domu.

Copyright © 2013. Klub Suzuki Polska  Rights Reserved.